Dziś jest: Środa, 28 Października 2020 r.
Elbląski Komitet Obywatelski » strona główna » blogi » » wpisy » Wojna Chamów z Żydami 1968 ...
Wtorek, 09. Listopad 2010 r. | Odsłon: 8220

Wojna ”Chamów” z „Żydami” 1968

„Możemy z ufnością patrzeć w przyszłość, idziemy bowiem słuszną drogą, posiadamy pewnych przyjaciół i wiernych sojuszników, przewodzi nam nieśmiertelna idea socjalizmu.”

                                                                                                                                                 - Tow. Wiesław

 

Jak mawiali starożytni filozofowie „nie poznamy prawdy, nie poznając przyczyny”. Więc z tego to powodu proponuję wycieczkę w gomułkowskie lata 60-te, tak brzemienne w skutki zarówno dla Polski jak i całego świata, z tą różnicą, że dla zepsutych zachodnich imperialistów przewodnim było hasło „sex, drugs and rock’n’roll”, zaś dla nas tematem przewodnim był przaśny socjalizm z kawą zbożową i życiem w klitkach ze ślepą kuchnią, ale za to pod kierownictwem nieomylnej i najświatlejszej PZPR w osobie tow. Wiesława, czerwonego ascety i pruderyjnego zgryźliwca, ale jednak, co trzeba mu przyznać, nie złodzieja.

 Ja zajmę się wyłącznie historycznymi „zgrzytami” lat sześćdziesiątych, które miały miejsce w PRL-u.

A wszystko to przez fanaberie i interesy wielkiej polityki. Kiedy już dokonało się, że w wyniku złożonych poczynań zimnowojennych Zachodu i Wschodu, ten ostatni, czyli Kreml zdecydował się po 14 maja 1948 przenieść swoją miłość z młodego, ledwie utworzonego państwa Izrael na otaczające go państwa arabskie, zaczęło się.

U nas zaczęło się oczywiście w swoim czasie, kiedy przyszedł taki czas, że jak to bywa czasem między psami, pogryzły się o dostęp do miski. Oczywiście nie chodzi mi o niewinne zwierzęta, a o czerwonych, którzy pokłócili się między sobą o władzę, czyli bezpośredni dostęp do „koryta”.

Zaczęła się wtedy kolejna wojna „Żydów” z „Chamami”, czyli Puławy kontra Natolin.  Pierwsza, jak wszystkim już wiadomo, miała swoje miejsce wcześniej i punktem kulminacyjnym tego starcia był Październik 1956 roku oraz dojście Gomułki do władzy. Te rozgrywki o władzę w PZPR, mające swój początek w roku 1953, czyli od śmierci Wielkiego Chorążego Pokoju i Przyjaciela Dzieci, a mówiąc prościej Józefa Stalina, wzięły swą nazwę od tytułu artykułu Witolda Jedlickiego „Chamy i Żydy” zamieszczonego w paryskiej „Kulturze” Jerzego Giedroycia w 1962 roku.

Znamienne jest, że odsetek zarówno „Żydów” jak i „Chamów”, a bardziej konkretnie to Semitów (sprawa dyskusyjna) i Słowian, w obu frakcjach był bardzo podobny. Czyli nie w tym rzecz była, kto jest kim z pochodzenia, a wyłącznie w tym, o czym wspomniałem już wcześniej, czyli w kwestii dostępu do „koryta”.  Obie nacje, w ramach każdej z wrogich frakcji, wykazywały wzorową jedność poglądów i były jak najdalsze od okazywania sobie negatywnych uczuć, w których można byłoby doszukać się zwłaszcza antysemityzmu. Reasumując:

"Nie ten Żyd - kto Żyd, lecz kogo Partia wskaże".

 Cóż, interes, to interes.

Kropkę nad „i” w eskalacji tego konfliktu postawiła wizyta Gomułki na Kremlu, której opis przytoczę za publicystą Antonim Zambrowskim, przedstawiającym relację jej świadka, Piotra Kostikowa, szefa sektora polskiego w wydziale zagranicznym KC KPZR:

Był on świadkiem rozmowy Leonida Brieżniewa z Władysławem Gomułką w gabinecie tego pierwszego w Moskwie. Leonid Brieżniew miał żal do Władysława Gomułki o to, że w PRL towarzysze żydowscy otwarcie krytykują politykę Kraju Rad wobec państwa Izrael po zwycięskiej dla Żydów wojnie sześciodniowej z Arabami w czerwcu 1967 roku. Zagniewany tow. Wiesław zadeklarował, że nie dopuści w Polsce żydowskiej V-tej kolumny. Te słowa o V-tej kolumnie powtórzył on 19 marca 1968 roku w transmitowanym przez TVP oraz Polskie Radio przemówieniu na Kongresie Związków Zawodowych wzywając Żydów (ku uciesze władz Izraela) by opuszczali PRL i wyjeżdżali do „ziemi obiecanej”. W wydrukowanych następnego dnia gazetach tych słów już nie było, ale jak powiadają Rosjanie "słowo - nie wróbel, jak wyleci, to nie pochwycisz". W tej samej rozmowie przytoczonej przez tow. Kostikowa Leonid Brieżniew radził Wiesławowi, by zwalniał z odpowiedzialnych stanowisk partyjnych i państwowych niewdzięcznych towarzyszy żydowskich i obsadzał zwolnione w ten sposób stanowiska młodą kadrą o słowiańskich korzeniach. Stąd geneza antysemickiej czystki w latach 1967-68.”

Popatrzmy więc, jak wydarzenia się potoczyły i jak to się stało, że niektóre znane osobistości naszego aktualnego życia politycznego stały się sławne, a co niektóre jeszcze sławniejsze.

Sytuacja nie była dokładnie taka, jaką ją przedstawił gensek z Kremla. W owym czasie (wojny 6-cio dniowej Izraela z Arabami, a także i po jej zakończeniu) sympatię do pro amerykańskiego Izraela, który złoił skórę prosowieckim Arabom, wyrażali ostentacyjnie nie tylko Żydzi, ale też jak najbardziej rdzenni Polacy. Odpowiednim przykładem będzie tutaj osoba Prymasa Tysiąclecia ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego, który oficjalnie w Warszawie zanosił modły o pomyślność Izraelskiego oręża. , Tak się przynajmniej mówiło wtedy. Ba, mało tego. Mówiło się też swego czasu o jakichś polskich ochotnikach, wyrażających ponoć chęci wzięcia udziału w wojnie na Bliskim Wschodzie po stronie Izraela. Co to były za czasy!

Gomułka, jako gensek, który odsiedział swoje w stalinowskim więzieniu za odchylenia prawicowe i nacjonalistyczne, nie był, w przeciwieństwie do swojego poprzednika Bolesława Bieruta, agenta NKWD wyznaczonego przez Sowietów do pełnienia roli prezydenta, wystarczająco uległym wobec Kremla, także w sprawach personalnych w PZPR. Dlatego też działający w konspiracji obóz pro kremlowski przygotowywał już wcześniej plan wywołania wstrząsów społecznych w PRL, by wykorzystać je do wywierania presji na Władysława Gomułkę, aż do jego smutnego i niesławnego końca, którym był Grudzień 1970 roku.  

Można rzecz uogólnić w ten sposób, że „Chamy”, jako tenże obóz pro kremlowski planowały przeprowadzenie czystki elementów „niebłagonadieżnych”, czyli źle widzianych w Moskwie ludzi we władzach PZPR i LWP, pod pozorem dymisjonowania niechcianych i aktualnie nieprawomyślnych „Żydów”.

Wszakże był to tylko kamuflaż i zasłona dymna prawdziwego celu tych działań, bo ofiarami czystki antysemickiej we władzach partyjnych i wojskowych padali nie tylko Żydzi, ale i Polacy o korzeniach żydowskich, Polacy ożenieni z Żydówkami i jak najbardziej rdzenni Polacy, którzy nie przejawiali dostatecznej uległości wobec Moskwy, a nie daj Panie, byli uczestnikami wydarzeń 1956 roku, zwłaszcza po niewłaściwej stronie.

"Nie ten Żyd - kto Żyd, lecz kogo Partia wskaże"!

Tę tendencję rozdawania antysemickich kopniaków na prawo i lewo wykorzystała część ludzi młodego pokolenia, także pochodzenia polskiego, dzieci odpowiednio wysoko postawionych aparatczyków władz cywilnych i wojskowych, aby na tzw. „żydowskich papierach” emigrować z PRL-u na Zachód. We wrześniu nastąpił początek procesu emigracyjnego. Rozpoczęła się tak zwana "emigracja marcowa". Do końca 1969 roku z Polski wyjechało około 13 tysięcy osób.

A działo się to wszystko w kraju, na czele którego stał Władysław Gomułka ożeniony od lat z Żydówką Liwą Szoken. Być może okolicznością łagodzącą w tym wypadku było dlań to, że przez wiele lat żył nie z semicką żoną, lecz z swoją słowiańską sekretarką. O tempora, o mores!

Oficjalnie za personalny symbol antysemickiej czystki tych lat uchodzi gen. Mieczysław Moczar (wł. Nikołaj Tichonowicz Diomko), agent sowieckich służb specjalnych i minister spraw wewnętrznych PRL w jednej osobie. Tymczasem czystka antysemicka rozpoczęła się pierwotnie w Ludowym Wojsku Polskim za sprawą gen. Wojciecha Jaruzelskiego, będącego Szefem Sztabu Generalnego LWP, odpowiedzialnego za usunięcie z armii około 1300 oficerów. Celem tej akcji było opanowanie przez niego (naszego generała) stanowiska ministra obrony narodowej PRL, jako cieszącego się pełnym zaufaniem towarzyszy z Moskwy. W ten sposób pnie się do najwyższej władzy nasz pierwszy z głównych bohaterów spektaklu o najnowszej historii Polski.

Teraz o dalszych pierwszoplanowych bohaterach naszej historii.

Musimy powrócić do głównego wątku ogólnie znanych wydarzeń historycznych, w samo ich centrum, czyli do dnia 8 marca 1968 roku, godzina 12.00 w południe przed budynek BUD-u, czyli Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, przyjrzyjmy się tym paru setkom, czy paru tysiącom studentów (w zależności od źródeł) i zastanówmy się, co było powodem tego protestu?




Otóż już od początku 1968 r. polscy komuniści z niepokojem obserwowali to, co działo się w bratniej Czechosłowacji. W styczniu 1968 r. wybrany na I sekretarza KPCz, wiecznie uśmiechnięty Aleksander Dubczek, opowiedział się za reformami pod hasłem "socjalizm z ludzką twarzą", co oznaczało m.in. liberalizację życia społecznego. Wkrótce po tym w Polsce, wśród opozycji intelektualnej i studentów, popularne stało się hasło "Polska czeka na swego Dubczeka". W tym czasie w bloku sowieckim atmosfera stawał się bardzo napięta, z powodu zmiany dotychczasowej polityki w niektórych krajach komunistycznych. W społeczeństwie polskim zaczęła budzić się nadzieja na demokratyzację życia w kraju, która niebawem okazała się być złudną i bezpodstawną. Powodem tego stał się fakt taki, że w kierownictwie PZPR do głosu doszli tzw. „partyzanci”, ludzie z otoczenia bandyty Moczara, tworzącego właśnie wyssaną z palca legendę partyzancką dla siebie i swojej kliki, mającą dać im mandat na kombatancką przeszłość i szacunek społeczny. Była to grupa opowiadająca się za twardym i bezwzględnym kursem wobec społeczeństwa.



Pod koniec 1967 r. w warszawskim Teatrze Narodowym odbyła się premiera "Dziadów" Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka. Władze dopatrzyły się jednak w dramacie antyrosyjskiego wydźwięku i w połowie stycznia zarządziły zaprzestanie grania przedstawienia. Zakaz wystawiania sztuki spowodował protest wśród młodzieży. 30 stycznia 1968 r., po ostatnim spektaklu, pod pomnik Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu przybyła grupa licząca około 300 demonstrantów, głównie studentów, z transparentem "Żądamy dalszych przedstawień" i hasłem "Chcemy prawdy Mickiewicza". Demonstracja odbyła się bez interwencji MO. Dopiero później niektórych uczestników tego zajścia aresztowano. Wkrótce po tym na warszawskich uczelniach zaczęto zbierać podpisy pod petycję do Sejmu PRL, protestującą przeciwko decyzji władz o zdjęciu sztuki.

29 lutego 1968 r. zgromadzeni na zebraniu Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich pisarze, m.in. Paweł Jasienica i Antoni Słonimski, wyrazili swój protest przeciw zakazowi wystawiania "Dziadów", domagając się jego cofnięcia i przywrócenia swobody twórczej. Natomiast Stefan Kisielewski, który także był obecny na tym spotkaniu, określił panujący w PRL - u system "dyktaturą ciemniaków". Podczas zebrania przyjęto ostatecznie, mimo oporu ze strony pisarzy partyjnych, m.in. Jerzego Putramenta, rezolucję żądającą zaprzestania ingerencji cenzury i przywrócenia "Dziadów" w Teatrze Narodowym.

 Te wszystkie wydarzenia nakręcały ówczesną sytuację w kierunku ogólnego wrzenia i musiały w efekcie doprowadzić do wybuchu.

Wróćmy pod budynek BUD-u. Oficjalnym powodem demonstracji studenckiej była decyzja najwyższych władz partyjnych z 16 stycznia 1968 r. o zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego w Warszawie z dniem 1 lutego „Dziadów” i protest przeciwko relegowaniu kolegów z warszawskich uczelni za udział w demonstracji z 30 stycznia. Od tej chwili skupmy się wyłącznie na studentach. Kto wśród nich stanowił jedną z sił sprawczych? Byli to tzw.”Komandosi”. Kim oni są?

Była to potoczna nazwa grupy lewicowej młodzieży, głównie studentów i asystentów uczelni stołecznych, która skupiła się wokół osób naszych następnych bohaterów, mianowicie Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, PZPR-owskich dysydentów, do niedawna odsiadujących swoje wyroki za napisanie „Listu Otwartego do Partii”, w którym to krytykowali swoją formację (PZPR) za jaskrawe odstępstwa od doktryny marksizmu.

Jacek Kuroń zebrał wokół siebie grupę młodzieży, która w części lepiej lub gorzej uświadamiała sobie fakt swoich żydowskich korzeni. Oczywiście była to woda na młyn antysemickiej propagandy prowadzonej przez PZPR. Studenci ci, należy to zaznaczyć, w większości wywodzili się z szeregów Drużyn Walterowskich, czyli czerwonej odmiany harcerstwa, prowadzonych w latach 50-tych przez Kuronia. Była to jego odpowiedź na reaktywowanie, po 1956 r., Związku Harcerstwa Polskiego w dawnym tradycyjnym, patriotyczno-katolickim kształcie. Powołał wtedy do życia hufiec im. Gen. Waltera, w którym kwitła propaganda lewicowości i internacjonalizmu. Dlatego też, cytując tu publicystę:

 „[…]do niego rodzice z rodzin komunistycznych oraz o żydowskim rodowodzie chętniej posyłali swoje dzieci niż do zwyczajnych szkolnych drużyn harcerskich, odbieranych jako nacjonalistyczne i klerykalne[…]”,

 a pośród tych dzieci byli między innymi nasi następni bohaterowie, mianowicie Adam Michnik, Jan Lityński, Henryk Wujec i zapewne wielu innych, mniej teraz rzucających się w oczy.

Kiedy PZPR udało się w końcu opanować ZHP i zneutralizować nurt patriotyczny, upadła potrzeba utrzymywania Drużyn Walterowskich, jako przeciwwagi dla idei polskości wśród harcerzy. Obrażony Kuroń zajął się wtedy działalnością opozycyjną w Klubie Dyskusyjnym ZMS na Uniwersytecie Warszawskim i tam też wraz z nim przeszli jego dawni podopieczni i uczniowie z czerwonego harcerstwa. Ten ruch lewicowy i rewizjonistyczny w świetle wydarzeń 1968 r. przez przedstawicieli opozycji nurtu niepodległościowego jest określany jako marginalny, wręcz niezauważalny dla głównego prądu wydarzeń i mający niewielki wpływ na całość. Jednego wszakże nie zabrakło tej formacji, mianowicie rozgłosu, kiedy to 4 marca Adam Michnik i Henryk Szlajfer za udział w demonstracji z 30 stycznia zostali relegowani z Uniwersytetu Warszawskiego przez ministra oświaty i szkolnictwa wyższego bez postępowania dyscyplinarnego. Wkrótce po tych wydarzeniach doszła do tego odsiadka trzyletniego wyroku Michnika w więzieniu mokotowskim za, jak to określono, „chuligańskie wybryki”, czyli udział w wydarzeniach marcowych.

Komandosi działali na uczelniach warszawskich, gdzie biorąc udział w zebraniach partyjnych (lub jak to niektórzy określali: „robiąc desant” – stąd nazwa „Komandosi”) zadawali mnóstwo bardzo kłopotliwych pytań i domagali się przeprowadzenia reform, takich jak demokratyzacja życia politycznego, zmiana systemu gospodarczego, wolność słowa, czyli, jak to się przyjęło określać, żądali socjalizmu „z ludzką twarzą”. Czy jest to możliwe? Czy twór taki jak socjalizm może mieć „ludzką twarz”? Pewnie wielu z nas w chwili obecnej może już sobie odpowiedzieć na to pytanie z całą stanowczością. Tylko ciekawy jestem, ilu powie „tak”, a ilu „nie”. Ja odpowiem słowami Zbigniewa Herberta z filmu Jerzego Zalewskiego pt. „Obywatel Poeta”, którego wypowiedź dotyczy jednego z „Komandosów” działającego już w czasach po „Okrągłym Stole”:

„Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny. Ideologią tych panów to jest to, żeby w Polsce zapanował socjalizm z „ludzką twarzą”. To jest widmo dla mnie zupełnie nie do zniesienia. No, jest potwór, to powinien mieć twarz potwora! Ja nie wytrzymuję takich hybryd, ja uciekam przez okno z krzykiem”.

Myślę, że tyle wystarczy i nic więcej dodawać nie muszę. Czas już przejść do podsumowania tych wydarzeń.

Wydarzenia 1968 były jednymi z trzech poważnych polskich burz dziejowych prowadzących do upadku Władysława Gomułki i nastania „Świetlanej Ery Dobrobytu” Edwarda Gierka. Pierwszym z nich była wojna z Episkopatem i ks. Prymasem Stefanem Wyszyńskim o zdominowanie ideowe Milenium Państwa Polskiego w 1966 i kwestia stanowczego sprzeciwu PZPR wobec pojednawczego listu biskupów polskich do biskupów niemieckich, a ostatnim ważnym wydarzeniem był krwawy Grudzień 1970 r.

Marzec ’68 miał niewątpliwie ogromny wpływ na polską młodzież, zwłaszcza akademicką. Poważna część studiującej wówczas młodzieży, infekowana na co dzień propagandą socjalistyczną, doświadczyła naocznie i cieleśnie (pałowana przez milicjantów i ormowców, oczerniana w gazetach, relegowana z uczelni), jak wygląda socjalistyczna prawda i socjalistyczna wolność. Poważna część tej młodzieży do końca już wyzbyła się wszelkich złudzeń, co do natury systemu, zasilając w przyszłości szeregi opozycji. Konsekwencją tego było to, że w czasachPierwszej Solidarności nie było takich działaczy wywodzących się z kręgu inteligencji, którzy nie wspominaliby swoich przykrych doświadczeń z SB, milicją, czy ORMO, zarówno z roku 1966 jak i 1968. Była to niewątpliwie wielka szkoła życia dla przyszłych opozycjonistów.

Następna kwestia dotyczy tego, że przy okazji tego ostrego zwarcia PZPR-owskich frakcji, odsłoniło się więcej prawdy o rodowodzie komunistycznej władzy w Polsce, zwłaszcza o głównych jej nurtach, symbolizowanych przez „Żydów” i „Chamów”.

Jest i trzecia sprawa: stalinowcy żydowskiego pochodzenia, którzy wyjechali z Polski po Marcu ’68, zdominowali świadomość zagranicznego żydostwa, opowiadając chętnie zagranicznej żydowskiej opinii publicznej o „polskim antysemityzmie”, a nie o własnej stalinowskiej przeszłości, własnym uwikłaniu w terror i zbrodnię. Z takimi fałszywymi opiniami walczymy do dzisiaj, chociaż inni już Żydzi i z innych powodów, bardzo prozaicznych i przeliczalnych na pieniądze, chętnie podtrzymują dziś tamtą wersję. Cóż, jak widać geszeft, to geszeft, a poza tym, to pewnym kręgom żaden pieniądz nie śmierdział nigdy.

Jak oceniają to naoczni świadkowie i uczestnicy tych wydarzeń? Oddaję głos Antoniemu Macierewiczowi, współzałożycielowi KOR-u, pierwszej jawnej struktury opozycyjnej w PRL, a ówczesnemu studentowi historii na UW i jednemu z liderów grupy starszo harcerskiej im. Romualda Traugutta, tzw. „Czarnej Jedynki”:

„Grono instruktorów „Jedynki” działające na wydziale historii konspirowało już w 1966, 1967 roku. W roku 1968 zaangażowaliśmy się w ruch, który dzisiaj jest nazywany, z niezrozumiałego dla mnie powodu, „ruchem marcowym”, a który był niewątpliwie ruchem, po prostu, patriotycznym i niepodległościowym, w którym elementów związanych ze środowiskami rewizjonistycznymi my wtedy prawie nie dostrzegaliśmy, czy też były wtedy absolutnym marginesem”.

„Oczywiście bunt marcowy był bardzo ważnym wydarzeniem w historii Polski. Brałem w nim udział, jestem z tego dumny i nigdy się tego nie wyprę. Wręcz odwrotnie! To poruszenie studenckie, które przecież objęło całą Polskę i wcale nie objęło tylko studentów, objęło całą młodzież oraz olbrzymie kręgi społeczeństwa polskiego, w tym także pracowniczego, czy jak się wówczas mówiło – robotniczego, chociaż oficjalna, także opozycyjna oficjalna historiografia temu zaprzecza. To był bunt w olbrzymim stopniu wynikiem olbrzymiej pracy, jaką Kościół i patriotycznie nastawione kręgi i środowiska polskie wykonały po 1956 roku. To nie wyrastało w żaden sposób z działań grupki „Komandosów”, czy innych środowisk rewizjonistycznych. Wręcz odwrotnie. To było pokłosie, moim zdaniem, w wymiarze społecznym, nie tylko duchowym, ale i społecznym, Wielkiej Nowenny rozpoczętej przez Prymasa Tysiąclecia i Kościół Polski.”

Wydaje się też, że po trwającym od marca 1968 r. długim konflikcie, który można porównać jedynie do okresu „zimnej wojny”, między pozostającym przy władzy właściwym „natolińskim” PZPR, a dysydenckim środowiskiem „puławskich” rewizjonistów – ponowna międzyfrakcyjna zgoda zapanowała dopiero w drugim pokoleniu naszych ulubionych „Żydów” i „Chamów”, czyli w 1989 r., przy tzw. „Okrągłym Stole”, jednak nie bez udziału całkiem nowej frakcji, którą ze spokojnym sumieniem możemy określić jako „pożytecznych idiotów”, a o których rodowodzie więcej informacji już wkrótce.

 I chyba nie można powiedzieć tak do końca, że „to będzie już całkiem jakaś inna historia”...   

I to by było na tyle.

 s.o.   nec optimus, nec pessimus

Dodaj nowy komentarz:

Nie ma jeszcze komentarzy... Bądź pierwszy !!!

Tego bloga

Odwiedziło: osób

Skomentowało: 71 osób

Ostatnie posty


Archiwum

Październik 2011 (1)

Czerwiec 2011 (1)

Maj 2011 (2)

Luty 2011 (1)

Styczeń 2011 (1)

Grudzień 2010 (2)

Listopad 2010 (3)

Październik 2010 (3)

Wrzesień 2010 (1)

Edycja





Strona główna | O nas | Członkowie | Jak przystąpić | Galeria | Linki | Mapa serwisu | Kontakt stat4u